Tylko profani jedzą hummus widelcem, czyli warsztaty kulinarne na Festiwalu Kultury Żydowskiej Simcha

IMG_4663

Malka Kafka (prowadząca) i jej falafel (fot. Karolina).

„Co jedzą Izraelczycy na ulicach? Arabów!” – oto, jak brzmiała pierwsza humorystyczna lekcja, jakiej udzieliła nam Malka Kafka, restauratorka, która poprowadziła  organizowane od paru lat w ramach Festiwalu Simcha (polecamy – http://www.simcha.art.pl/) warsztaty, w tym roku odbywające się pod hasłem „Izraelski Fast Food”. Idea odbywającego się w sąsiadującej z synagogą koszernej stołówce spotkania  była dziecinnie prosta – zebrany tłum ubranych w prowizoryczne (i nieco futurystyczne) foliowe fartuchy osób, głodny zarówno wiedzy, jak i dobrego jedzenia, miał przygotować (a potem skonsumować) parę serwowanych przez izraelską kuchnię uliczną potraw. I, jak się okazało, nie chodziło tu bynajmniej o smażenie na głębokim oleju politycznych przeciwników Izraela.

fot. Karolina

fot. Karolina

Rąk do pracy było wiele (może aż za wiele), a półprodukty do wszystkich dań przygotowywano jednocześnie. Przy odrobinie determinacji można było więc zająć się tym, co akurat wydawało nam się najbardziej atrakcyjne (gdy determinacji brakło, stało się niestety bezczynnie pod ścianą). Tym sposobem, uciekając od krojenia cebuli i obierania czosnku, trafiłyśmy z K. najpierw do sekcji wyciskania cytryn, a następnie przypadło nam krojenie kapusty. Przygoda z tą ostatnią szybko się zakończyła, gdyż w sposób dość krwawy przekonałam się, że trzymanie śliskiej warzywnej główki dłonią odzianą w równie śliską rękawiczkę, i jednoczesne energiczne siekanie tejże główki za pomocą dzierżonego w drugiej dłoni ogromnego noża, jest raczej niebezpieczne. Jednak, na moje szczęście, kuchenne ostrza nie okazały się na tyle groźne, by pozbawić mnie: a) palca, b) późniejszej przyjemności jedzenia.

fot. Karolina

fot. Karolina

A co można bylo zjeść? Na pierwszy ogień poszedł pita falafel z sosem tahini: rozcięty przy czubku chleb pita drążymy tak, by zrobić w nim kieszonkę, którą następnie smarujemy hummusem (własnoręcznie ukręconym!!!), wyściełamy surówką z kapusty i kopru (koper trzeba wcześniej sprawdzić pod kątem koszerności – nie może w nim być żadnych owadów), i wypełniamy do końca falaflem, pomidorami i cebulą. Zarówno chleb, jak i falafel, były już gotowe w momencie, kiedy pojawiliśmy się na warsztatach, tak więc potrawa okazała się dużo mniej czasochłonna, niż jest to pierwotnie przewidziane. Po pokrojeniu warzyw pozostało tylko przygotowanie sosu tahini – i, oczywiście, hummusu.

Pita falafel - przed (fot. Karolina)

Pita falafel – przed (fot. Karolina)

Pita falafel - po (fot. Karolina)

Pita falafel – po (fot. Karolina)

Podobno „prawidłowych” sposobów na ukręcenie tego ostatniego jest tyle, ile kucharek i kucharzy podejmujących się tego wezwania (hummus bazuje na cieciorce, czosnku i paście sezamowej, dodawany jest też kmin rzymski). Jednak sposoby na jego spożywanie są ograniczone. Jak twierdzi Malka Kafka, jedynie „profani” posługują się widelcem. Według tradycji, hummus należy rozsmarować na talerzu, można polać oliwą i przyprawić, po czym zjeść za pomocą kawałków chleba pita. Po odebraniu tej życiowej lekcji, zjadłam trzy talerze najlepszego (i najlepiej podanego) hummusu w moim życiu. Jak poinformowała mnie jedna z bardzo oryginalnych i, niestety, rozmownych uczestniczek warsztatów, cieciorka nie powoduje wzdęć. Na szczęście miała rację.

Po wypełnieniu żołądka hummusem miałam nieco trudności ze zmieszczeniem ostatniego dania – szakszuki. Jak wieść niesie, potrawa ta została wymyślona przez izraelską armię. Nic dziwnego – różnorodność składników, z których szakszuka jest robiona, sprawia, że jest ona prawdziwie pełnowartościowym posiłkiem. Absolutną podstawą są pomidory, reszta warzyw może być modyfikowana. Nasza jajecznica bazowała na cebuli i paprykach: czerwonej i zielonej. Przy przygotowywaniu szakszuki należy pamiętać, by nie mieszać żółtek i białek – jajka wbijamy na patelnię prosto na przesmażone składniki i czekamy, aż się zetną.

Po spożyciu i przetrawieniu ostatniej potrawy przyszła pora na podsumowania. Czy warto było tłoczyć się w stołówce i rozcinać sobie palce wśród innych adeptów sztuki kulinarnej…? Oczywiście. Warsztaty (darmowe!) z Malką Kafką to przede wszystkim świetna zabawa i żródło wielu potencjalnych inspiracji. To także spotkania buchające pozytywną energią i jednoczące ludzi pod jednym sztandarem – sztandarem umiłowania smacznych potraw. Ludzi otwartych i chętnych do wymiany poglądów, bo przecież, jak twierdził George Bernard Shaw, „nie ma bardziej szczerej miłości niż miłość do jedzenia”.

U.

fot. Karolina

fot. Karolina

Reklamy

2 komentarze

  1. U. i jedzenie. Od zawsze na zawsze. ❤

    Lubię to

    1. W sumie nie wiem, czy bardziej U. i jedzenie, czy U. i Żydzi… 😉

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: