Wakacyjny pociąg do książek, czyli jak zostałam osaczona przez „Pięćdziesiąt twarzy Greya”

095bc512a0be6c85ac299385b5034f33

Ostatni miesiąc spędziłam głównie w pociągach. Stukot kół, szachownica pól za szybą i… Pogrążeni w lekturze współpasażerowie. Procent zaczytanych był zaskakująco optymistyczny – tak optymistyczny, że z niedowierzaniem zaczęłam podglądać, co tak właściwie jest przedmiotem ich zainteresowania. Obserwacje? W pociągach podmiejskich czołową pozycją jest (niestety) „Pięćdziesiąt twarzy Greya”, w kategorii „gazety” przoduje (również niestety) „Super Express”. W porównaniu z tym tematycznym monolitem, pociągi dalekobieżne to prawdziwy prasowy tygiel, w którym „Party” sąsiaduje z poważnymi tygodnikami. Jednak nawet tu wspomniane „Pięćdziesiąt twarzy…” niezmiennie pozostaje liderem wśród pozycji literackich (?!).

W takich chwilach nigdy nie wiem, czy cieszyć się, że ktoś w ogóle sięga po książkę, czy może płakać nad tym, że wybiera pozycje, które, patrząc całkowicie obiektywnie, nie mają do zaofrowania zupełnie nic. Idea „lekkiej książki na wakacje” nie jest mi obca, z dzieciństwa pamiętam, że na rodzinne urlopy nad morzem co roku zabieraliśmy ze sobą walizkę kryminałów – zawsze jednak były to pełne uroku opowieści pióra  Agathy Christie, czy mroczne historie rodem ze Skandynawii (tu faworytem pozostawał niezmiennie Henning Mankell). „Lekkie” oznacza dla mnie: intrygujące, z wartką i zaskakującą fabułą, „lekkie” nie zakłada rynsztokowej tematyki, prymitywnego języka i bohaterów do bólu jednowymiarowych. Załamując ręce nad osaczającymi mnie „Twarzami…”, przejdę do sedna, czyli bardzo subiektywnej listy książek, które zachwyciły mnie niegdyś w wakacje, i do których będę niechybnie wracać (bądź już wróciłam).

Po pierwsze, „Szklany klosz” Sylvii Plath, czyli dowód na to, że poeta może tworzyć prozę nie tylko oniryczną i pełną niedomówień, klucz do zrozumienia samej Artystki i, przynajmniej dla mnie, zachęta do zagłębienia się w jej bardzo trudne wiersze. Ameryka dziewcząt rozpoczynających karierę, neurotyczne środowiska, Nowy Jork, jakiego już nie ma. Powieść z bardzo silnym rysem autobiograficznym, trochę przerażająca, szczególnie biorąc pod uwagę późniejsze samobójstwo Autorki.

Po drugie, „O pięknie” Zadie Smith, pisarki, której kariera rozpoczęła się od powieści „Białe zęby” (również polecam!). Wdzięcznie opowiedziana historia dwu rodzin, których ojcowie, historycy sztuki, walczą na śmierć i życie na polu zawodowym (podstawą konfliktu jest odmienny stosunek do twórczości Rembrandta). Smith z humorem i dystansem porusza tematy poważne, takie jak rasa, pochodzenie i fanatyzm religijny – książka jest więc kolorowa i pełna skrajności, zupełnie jak Londyn, w którym mieszka Autorka.

Po trzecie, „Wodnikowe Wzgórze” Richarda Adamsa, pozycja, na którą zerkałam z powątpiewaniem przez parę lat, aż w końcu zdecydowałam się po nią sięgnąć. Dlaczego wątpiłam? Bohaterami powieści są króliki. Jednak wątpiłam niesłusznie – historia Leszczynka i jego towarzyszy jest prawdziwą bajką dla dorosłych, w dobrym tego słowa znaczeniu. Adams nie upraszcza ani nie łagodzi rzeczywistości, która jest bardzo podobna do ludzkiej – fabuła potrafi wywołać w czytelniku całą gamę uczuć, od śmiechu, przez wzruszenie, aż po strach i smutek. Chyba największe moje odkrycie tego roku oraz przyczyna bardzo poważnych wątpliwości, czy jeszcze kiedykolwiek zjem królika.

Po czwarte, „Pociągi pod specjalnym nadzorem” Bohumila Hrabala, czyli literatura czeska na najwyższym poziomie, ale też: dla każdego. Okupowany przez Niemców kraj widziany oczami młodego, nieco poetycko nastawionego do świata człowieka, wypadki przedstawione bez dzielenia ludzi na „nas” i „ich”, na „tych złych” i uświęconych cierpieniem. Chyba dlatego tak sobie cenię czeską prozę – autorzy autentycznie lubią swoich czytelników, nie próbują wcisnąć ich w cień nieludzkich i posągowych postaci bez skazy. Hrabal umarł, wypadając z okna, przez które karmił gołębie. Ta rozczulająca śmierć jest dla mnie znakiem, że rzeczywiście był prawdziwym przyjacielem świata.

Po piąte, „Teatrzyk Zielona Gęś”, Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Publikowane niegdyś w „Przekroju” absurdalne miniatury dramatyczne nieuchronnie kształtują poczucie humoru i śmieszą do łez, nawet czytane po raz setny. Od niemal dziesięciu lat moja lektura obowiązkowa w każde wakacje (i nie tylko), najchętniej w duecie z równie komicznymi „Listami z Fiołkiem” tego samego autora.

Powyższe pozycje mają tę zaletę, że można je bez trudu czytać w pociągu – nie wymagają skupienia takiego kalibru, jak choćby „Wojna i pokój”, „Anna Karenina”, czy „Czarodziejska Góra” (które, jak wynika z mojego doświadczenia, również świetnie nadają się na wakacyjną lekturę, ale raczej polecałabym je na relaks na leżaku – ale to temat na osobny artykuł). Marzę więc o tym, że pewnego dnia książki tego pokroju zastąpią quasi-literaturę, która w te wakacje zerkała na mnie z każdego kąta. Pocieszeniem może być fakt, że doczekałam się dnia, kiedy w czasie podróży z pewnej okładki łypnęło na mnie nazwisko Herlinga-Grudzińskiego (którego osobiście nie trawię, jednak do czytającego pana natychmiast poczułam sympatię). To po pierwsze. Po drugie, wczoraj w bibliotece musiałam odstać w sporej kolejce. I nie wszyscy wypożyczali „Pięćdziesiąt twarzy Greya”.

Ula

9bdc40f1609dc8061d88f0c34b17b2ba

Niepowtarzalny Groucho Marx.

Reklamy

One comment

  1. Ula… Z ogromną przyjemnością przeczytałam ten tekst. Piszesz tak,że aż się chce powiedzieć …jaki piękny język mamy;).Gratulacje…

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: